Czujemy pewien dyskomfort przy publikacji 3 z kolei polskiej książki Terry'ego Eagletona - "Święty terror" (poprzednie to: "Iluzje postmodernizmu" i "Marks i wolność).
Ambiwalencję tę wyraża sam Eagleton w przedmowie do swej książki (pogrubienia w tekście - SKFM): "Intencją tej książki nie jest bynajmniej uzupełnienie i tak rosnącego już stosu politologicznych prac poświęconych terroryzmowi. Staram się raczej umieścić ideę terroru w, mam nadzieję, bardziej oryginalnym kontekście, który można zasadniczo określić mianem «metafizycznego». W związku z tym Święty terror należałoby połączyć z metafizycznym lub teologicznym zwrotem (lub całkowitą zmianą kierunku), jaki można zaobserwować w moich badaniach z ostatnich lat, na co jedni patrzą z życzliwością, a co u innych budzi niepokój lub irytację. A jeżeli już mowa o głosach wyrażających irytację, chciałbym uzmysłowić moim przyjaciołom na lewicy, że przekonania polityczne ukryte w tej dość egzotycznej rozprawie na temat szatana i Dionizosa, kozłów ofiarnych i demonów są nie mniej radykalne niż większość myśli, które można dziś napotkać w bardziej ortodoksyjnych rozprawach na temat lewicowości."
Eagleton tłumaczy się, że "[...] terroryzm nie ma charakteru politycznego w żadnym z obiegowych znaczeń tego słowa, a jako taki stanowi wyzwanie dla tradycyjnego lewicowego sposobu myślenia. Lewica świetnie sobie radzi z władzą imperialną i z wojną partyzancką, ale zasadniczo czuje się zakłopotana, kiedy przychodzi jej zastanawiać się nad kwestią śmierci, zła, poświęcenia czy wzniosłości. Mimo to jestem przekonany, że wymienione pojęcia są równie istotne dla ideologii terroru jak te bardziej przyziemne i materialne. Podobnie zatem jak w kilku moich poprzednich książkach, staram się wzbogacić język lewicy, a jednocześnie zakwestionować ten, którym posługuje się prawica." Eagleton wzbogaca język lewicy o arsenał terminologiczny Lacanowskiej psychoanalizy i korzysta - błyskotliwie i erudycyjnie - z dziedzictwa literatury klasycznej, zwłaszcza antycznej i angielskiej. To czyni z niego, niewątpliwie, rzecznika Slavoja Žižka na Wyspach Brytyjskich.
Z punktu widzenie ideologicznego i politycznego, książka Eagletona przynosi nam dwie deklaracje autora: "Liberalne wolności reprezentują wyjątkowo cenne dziedzictwo, bez którego każdy socjalizm niewątpliwie od razu by upadł. Socjaliści nie są wrogami liberałów, ale najwierniejszymi sprzymierzeńcami ich politycznego kredo." Czy odnosi się to także do liberalnej wolności posiadania własności prywatnej i korzystania z niej w dowolny sposób (czyli także w sposób zakupu siły roboczej i pomnażania kapitału)? Tego autor nie rozwija. Stara się jednak załagodzić swój "lewicowy liberalizm" drugą deklaracją: "Socjalizm, przeciwnie, nie dąży do zniszczenia ciała, ale stawia sobie za cel przywrócenie nam człowieczeństwa i to właśnie, a nie alternatywne sposoby zapewnienia nam dobrobytu, stanowi podłoże jego sporu ze status quo. Niewykluczone, że część osób, które jeszcze wczoraj świętowały śmierć socjalizmu, za jakiś czas za nim zatęskni (zwłaszcza ci, których biura znajdują się na wysokich piętrach wieżowców). Socjaliści mogą pragnąć upadku kapitalizmu, ale nie zamierzają tego dokonać za pomocą brudnych bomb atomowych. W walce posługują się związkami zawodowymi, a nie durem brzusznym. Zamierzają wywłaszczyć klasy posiadające, a nie dokonać ich zagłady. Mimo ogłoszenia upadku proletariatu nędzarze nie zniknęli z powierzchni ziemi, a jedynie zmienili adres zamieszkania. Można ich teraz częściej znaleźć w slumsach Rabatu niż w przędzalniach bawełny w Rochdale. Z pewnością nie jest to dobra wiadomość dla strażników status quo, niezależnie od tego, z jak wielką niedojrzałością składają sobie gratulacje z powodu doprowadzenia socjalizmu do upadku.
A zatem ci, którzy radują się, że marksowski proletariat zniknął bez śladu, powinni raczej sięgnąć po pigułki zapobiegające chorobie popromiennej niż po butelkę szampana. Socjaliści zawsze odrzucali terror jako narzędzie działania, nawet jeżeli część politycznej lewicy była ostatnio niezbyt skora do potępiania podejrzanych teokracji islamskich. Brak zorganizowanego oporu politycznego wobec istniejącego systemu - oporu, w którym socjaliści tradycyjnie się specjalizowali - zachęca go do deptania słabych, a to prowadzi do rozwoju terroryzmu. W tym sensie socjalizm jest antidotum na terror, a nie jego odmianą. Ci, którzy w poczuciu samozadowolenia ogłaszają Koniec Historii, a przynajmniej czynili tak do czasu zburzenia wież World Trade Center, zamierzają w ten sposób ogłosić trwałe zwycięstwo kapitalizmu. Tyle tylko, że właśnie tego rodzaju prostacki triumfalizm doprowadził do buntu mas w świecie muzułmańskim, dając tym samym początek zupełnie nowej epoce historycznej. Zamknięcie okresu zmiany w historii sprawdziło się tylko w tym sensie, że doprowadziło do jego ponownego otwarcia. [...] Bunt mas - przy założeniu, że uda im się zdobyć odpowiednią broń - może przy najczarniejszym scenariuszu zwiastować koniec historii, choć już nie w tak komfortowo metaforycznym sensie tego wyrażenia."
Niech ambiwalencja ta przyświeca lekturze i zachęca do dalszych, własnych już poszukiwań.